Home Cuda Jana Pawła II.
Cuda zdziałane za pośrednictwem Jana Pawła II. PDF Drukuj Email

Do beatyfikacji polskiego papieża wybrano przypadek cudownego uzdrowienia francuskiej zakonnicy z choroby Parkinsona w czerwcu 2005 r.
Zgodnie z prawem kanonicznym proces w sprawie cudu toczyć się będzie na terenie diecezji, w której doszło do uzdrowienia, niewytłumaczalnego z medycznego punktu widzenia. Nazwa diecezji utrzymywana jest w tajemnicy; chodzi o ochronę tożsamości osoby, której przypadek będzie przedmiotem wnikliwych badań, także lekarskich.
Tylko kilka informacji na temat zakonnicy przekazał przed kilkoma dniami w rozmowie z PAP postulator procesu beatyfikacyjnego ksiądz Sławomir Oder, który weźmie udział w inauguracji prac trybunału.
O uzdrowionej osobie wiadomo jedynie tyle, że jest zakonnicą, mieszkającą we wspólnocie i że cierpiała na chorobę Parkinsona. Jej symptomy nagle ustąpiły, gdy cała wspólnota zakonna zaczęła modlić się do zmarłego dwa miesiące wcześniej Jana Pawła II o uzdrowienie chorej siostry. Po powrocie do zdrowia wznowiła ona pracę, prawdopodobnie na oddziale noworodków w szpitalu. "To osoba stosunkowo młoda, nie najmłodsza, ale młoda"- powiedział ks. Oder. Ujawnił, że o przypadku tym dowiedział się z listu, jaki napisała do niego przełożona wspólnoty. 


Celem procesu diecezjalnego w sprawie cudu (po łacinie: super miro) jest zebranie zeznań świadków oraz dokumentacji lekarskiej. Następnie już w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie materiały te będą przedmiotem badań trzech komisji - medycznej, teologicznej oraz kardynałów, i przez wszystkie muszą zostać zaaprobowane, a przypadek natychmiastowego i pełnego wyzdrowienia musi być uznany przez nie za cud.
Ksiądz Hieronim Fokciński z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych powiedział PAP, że trudno przewidzieć, jak długo potrwa dochodzenie kanoniczne w sprawie cudu, przypisywanego wstawiennictwu Jana Pawła II.
"Przy pewnych chorobach - dodał - lekarze chcą się wypowiadać dopiero po dłuższym czasie od uzdrowienia, bo schorzenie może powrócić po kilku latach. Zatem albo się czeka, albo szuka się innego przypadku, który będzie łatwiej udowodnić".
Jak zauważył ksiądz Fokciński, w przypadku Jana Pawła II, podobnie jak wcześniej w procesie kanonicznym ojca Pio, największa trudność polegała na wyborze cudu spośród wszystkich sygnałów, jakie napłynęły ze świata.








Przed śmiercią Jana Pawła II do Grot Watykańskich schodziło dziennie najwyżej kilkaset osób. Teraz, jak informuje wikariusz papieski abp Angelo Comastri, codziennie przewija się tu 20 - 25 tysięcy ludzi. To żelazny punkt programu wycieczek i pielgrzymek, nie tylko z Polski. Niektórzy przychodzą oddać hołd polskiemu papieżowi, pomodlić się albo tylko zrobić zdjęcie. Inni liczą na szczególne łaski. Rodzi się przekonanie, że przy papieskim grobie można wyjednać sobie jeśli nie cud, to przynajmniej uśmiech losu.
Strażnik zatrzymuje młodego Brytyjczyka w podkoszulku i jego dziewczynę w kusej spódniczce. Ktoś pożycza Brytyjczykowi sweter, a dziewczyna okręca się pareo, które zakrywa jej nogi niemal do kostek. Potem po pokonaniu labiryntu barierek trzeba położyć na taśmie maszyny prześwietlającej torbę, kurtkę czy marynarkę, a samemu przejść przez detektor metali. Inaczej niż na lotnisku, sprzączka paska, zegarek, ciężka zapalniczka Zippo i kilka monet nie wywołują reakcji detektora.
Po dziesięciu minutach mijamy Spiżową Bramę i już wkrótce jesteśmy przy schodach prowadzących do bazyliki. Kolejka dzieli się na trzy. Okazuje się, że większość turystów zmierza do bazyliki, drugi sznur formują ci, którzy chcą wdrapać się na kopułę, chętnych do zwiedzenia Grot Watykańskich jest najmniej. Na pustym dziedzińcu przed wejściem do Grot ktoś po polsku wrzeszczy do telefonu komórkowego: - Stójcie cierpliwie! Ten cały tłum wali do bazyliki, do grobu papieża prawie nie ma kolejki.

Obowiązkowe zdjęcie
Kolejka tworzy się wprawdzie wewnątrz, ale cały czas się przesuwa. Jest sporo Polaków. Najwięcej emocji i niepokoju budzi wśród nich to, czy przy grobie będzie można zrobić zdjęcie. Na wszelki wypadek przygotowane do strzału aparaty fotograficzne stojących przede mną polskich zakonnic nikną w fałdach habitów. Mijamy groby Pawła VI, Benedykta XV, ale prawie nikt się przy nich nie zatrzymuje, nie opuszcza kolejki. Niemal wszyscy przyszli do polskiego papieża. Jasno oświetloną, prostą płytę z napisem Joannes Paulus PP. II od tłumu we wnęce oddzielają słupki połączone szkarłatnym sznurem.
Choć niby jest to zabronione, ktoś położył bukiet skromnych białych kwiatów, nieodwiniętych nawet z papieru. Pod bukietem widać kilka złożonych, zapisanych karteczek. Pewnie są tam modlitwy, prośby do Jana Pawła II o wstawiennictwo u Boga o uzdrowienie. Te karteczki wylądują potem na biurku postulatora procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, księdza Sławomira Odera.
Nie ma już wiklinowych koszyczków, do których w zeszłym roku pielgrzymi wrzucali pieniądze. Strażnicy popędzają kolejkę, ale każdemu pozwalają na zrobienie jednego zdjęcia. Jedna z zakonnic przede mną kadruje, mierzy, a druga za nią nagle klęka, żegna się i rzuca na grób papieża garść różańców. Strażnik patrzy na nią z wyrzutem, ale pozwala jej wczołgać się pod sznurem i zebrać różańce, w ten sposób niejako pobłogosławione przez Jana Pawła II.
Obok posuwającej się kolejki, naprzeciw grobu, oddalone o jakieś trzy metry jest specjalnie wydzielone barierkami miejsce dla tych, którzy chcą się na chwilę zatrzymać, pogrążyć w zadumie i pomodlić. Dołączam do kilkunastu stających tam osób. Z głośnika ktoś cichym głosem w kilku językach wyjaśnia, że to święte miejsce i trzeba zachować ciszę. Jest bardzo cicho, słychać tylko szczęk aparatów, szuranie butów i szept modlitwy.

Bez religijnej histerii
Wszyscy zastygają w bezruchu, tylko stojąca obok mnie młoda dziewczyna co chwila bierze lekki zamach, ale zatrzymuje rękę - najwyraźniej przeszkadza jej tłok przy grobie. Wreszcie ktoś, walcząc z aparatem fotograficznym, zatrzymuje na chwilę kolejkę, robi się trochę miejsca i dziewczyna rzuca coś na płytę nagrobną. Słychać metaliczny brzęk, przez chwilę panuje konsternacja, ale okazuje się, że to też tylko różaniec. Dziewczyna podchodzi do strażnika i prosi po angielsku, żeby jej go podał. Za chwilę uśmiechnięta wraca na miejsce obok mnie i zaczyna się modlić. Kiedy kończy, pytam dlaczego rzuciła różańcem. Wyjaśnia, że specjalnie po to przyleciała tu z Dakoty Południowej, a różaniec należy do jej bardzo ciężko chorej mamy. Ma nadzieję, że uleczy ją różaniec i modlitwy do Jana Pawła II. - Gdy tylko usłyszałam o francuskiej zakonnicy, którą Jan Paweł II wyleczył z parkinsona, zaraz wsiadłam do samolotu.
Bierze za rękę swojego amerykańskiego chłopaka i oboje z radością i wyraźną ulgą wychodzą. Tymczasem czarny jak heban młodziutki ksiądz z Rwandy wręcza mi aparat cyfrowy i prosi o zrobienie zdjęcia. Usiłuje ustawić się przed grobem, ale to hamuje kolejkę i powoduje zamieszanie. Strażnik wyrzuca go za barierkę. Scenka powtarza się kilka razy. Ale w pewnym momencie kolejka rzednie. Strażnik woła czarnoskórego księdza, ustawia, a ja pstrykam fotkę.
Chwilę później, kiedy przed grobem znów jest tłum, pojawia się dystyngowany pan w eleganckiej liberii, chyba szef strażników. Prowadzi ze sobą franciszkanina w habicie, władczym ruchem zatrzymuje kolejkę, odpina sznur od stojaka, a potężny, brodaty zakonnik rzuca się na kolana na płytę nagrobną. Modli się przez minutę, a kolejka stoi i się burzy. Dwoje Niemców - tuż obok mnie - patrzy z dezaprobatą na niedemokratyczny wyjątek, a pan tłumaczy pani: - Wir sind aber in Italien (Przecież jesteśmy we Włoszech - p.k.).
Za chwilę mężczyzna z kolejki o smagłej twarzy błyskawicznym ruchem rzuca na marmurową płytę garść różańców i innych przedmiotów, których z daleka rozpoznać nie sposób. Sekundę potem, zanim strażnik zdąży zareagować, prześlizguje się pod szkarłatnym sznurem, wszystko starannie zbiera, przepraszając po hiszpańsku przyklęka, żegna się i znika. Ale nie ma w tym oznak religijnej histerii. Panuje powaga i spokój.

Wysłuchane modlitwy
Bo Jan Paweł II pomaga i wstawia się u Pana Boga. Tak w każdym razie opowiada mi z wielkim przekonaniem spotkana na czwartkowej mszy przyjaciółka domu pani Halina Jedynak. Mieszka i ciężko pracuje w Rzymie od 17 lat. Jest osobą głęboko wierzącą. Z gatunku tych do rany przyłóż. Z polskim papieżem łączyła ją szczególna więź. Jej dwóch synów służyło mu często do mszy. Jan Paweł II przyjął ją wraz z rodziną na prywatnych audiencjach aż dziewięć razy. Jeden z synów rozpoczął studia w Rzymie na Uniwersytecie Regina Apostolorum Legionistów Chrystusa, a potem wyjechał do Wisconsin.
Umarł Jan Paweł II. Pani Jedynakowa bardzo tęskniła za synem, ale jak zarobić na podróż, dostać wizę i nie zginąć w Ameryce bez znajomości angielskiego? Trzeba to wyprosić u papieskiego grobu. Co niedziela przed godz. 14 pojawiała się w Grotach z czerwoną różą. Początkowo strażnicy nie pozwalali kłaść róży na płycie nagrobnej, ale potem sami ją kładli. Po pewnym czasie pani Halina dostała niespodziewanie nową, dodatkową pracę, zarobiła 900 euro, a właśnie tyle kosztował bilet. Dostała wizę, a podczas audiencji generalnej Benedykta XVI poznała rodaczkę z Chicago. Stały obok siebie w tłumie przy barierce i kiedy wzdłuż szpaleru przechodził papież, razem wrzasnęły: - Niech żyje papież! A papież podszedł, podał rękę i pobłogosławił. Okazało się, że rodaczką z Chicago jest znana działaczka polonijna Irena Jaworska. Zawiązała się między nimi przyjaźń i kilka tygodni później pani Jaworska odebrała panią Halinę z lotniska w Chicago, ugościła po królewsku i zawiozła do syna. Pani! Halina nadal co niedzielę kładzie czerwoną różę na grobie Jana Pawła II. Teraz już nie po prośbie, a z wdzięczności.
Jeszcze większa łaska spadła na koleżankę pani Haliny, Bożenę Zdanowicz. Przyjechała do Włoch do pracy. Jest pielęgniarką. Straciła posadę i życie zaczęło się jej walić. Chciała się rzucić z rozpaczy pod pociąg, ale zwyciężył strach i rozsądek. Gdy pani Halina to usłyszała, zaraz jej powiedziała: - Idź do grobu. I pani Bożena ruszyła z Ladispoli do Grot Watykańskich. Po mszy uklękła przy papieskim grobie i nie prosiła, ale płakała o pracę. Potem pojechała do Caritasu, ale był tam potworny tłok. Załamana zmierzała do wyjścia, kiedy nagle otworzyły się drzwi i urzędniczka wywołała nazwisko: Zdanowicz. Pani Bożena weszła do środka, ale okazało się, że chodziło o Jolantę Zdanowicz. Jolanty z jakichś powodów nie było. Może znalazła już zajęcie. I tak pani Bożena dostała pracę, którą ma do dziś. Teraz często przyjeżdża z Ladispoli do Grot podziękować papieżowi.

Miejsce spotkań Polaków
Pani Halina i pani Bożena bez żadnych oporów zgodziły się na podanie ich prawdziwych nazwisk ("Niech się ludzie dowiedzą. Przecież to powód do dumy, a nie wstydu"). Takich opowieści można w Rzymie usłyszeć coraz więcej.
2 i 3 kwietnia, w związku rocznicą śmierci Jana Pawła II, jego grób będzie szczególnie oblegany. Przybędą tysiące Polaków. Będzie kardynał Stanisław Dziwisz i delegacja episkopatu. Delegację przyśle też rząd. Opiekujący się pielgrzymami dominikanin Stanisław Tasiemski spodziewa się od 8 do 10 tysięcy Polaków, wybierających się do Rzymu w grupach, w tym 1500-osobowej pielgrzymki "Solidarności". Do tego trzeba dodać osoby, które przyjadą indywidualnie. Mieszkający w Rzymie Polacy nękani są telefonami od rodzin i znajomych z prośbą o załatwienie taniego hotelu, schroniska, miejsca w domu pielgrzyma albo - najchętniej - o przenocowanie ich we własnym domu.
Dotychczas było w miarę spokojnie. W każdy czwartek i drugi dzień każdego miesiąca przy grobie polskiego papieża po 7 rano odprawiana jest polska msza. Do 2000 roku był tam pogrzebany Jan XXIII. Po beatyfikacji przeniesiono jego szczątki wyżej, do bazyliki. W ten sposób polski papież - wynosząc jednego ze swych największych poprzedników na ołtarze - nieświadomie zrobił sobie miejsce na grób. Teraz Polacy modlą się tam o jego beatyfikację.
Kapliczka pod niskimi sklepieniami naprzeciw wejścia do grobu św. Piotra, a na lewo od grobu Jana Pawła II jest malutka. Ławki mogą pomieścić zaledwie 55 osób. Gdy zgromadzi się tam 200 osób, jest tłok, a 250 - to już potworny ścisk. Zazwyczaj nie ma jednak tłoku, choć większość wiernych musi słuchać mszy na stojąco. Niemal zawsze msza i kazanie są po polsku, choć niedawno sprawował ją po włosku ceremoniarz papieski arcybiskup Piero Marini. - Miał taką potrzebę - wyjaśnił organizujący te msze prałat Konrad Krajewski.
Przychodzą na nie głównie pracujący w Rzymie i Watykanie polscy księża i zakonnice. Często do księży jako koncelebranci dołączają duchowni przybyli z Polski. Drugiego lutego widziałem ojca Tadeusza Rydzyka. Czasem msze mają szczególnie uroczysty charakter, jak choćby wówczas, gdy w Grotach pojawiali się polscy biskupi przybyli z wizytą ad limina, w Dzień Zaduszny, czy 2 lutego, gdy modlono się również za ofiary tragedii na Śląsku.
Na polskich mszach pojawia się pani ambasador Hanna Suchocka, studiujący tu polscy klerycy i choć nieliczni, to łatwo rozpoznawalni po plecakach, czapkach bejsbolowych i sportowych butach pielgrzymi z Polski. Są też oczywiście mieszkający w Rzymie Polacy. Jednak na udział w porannej mszy 2 kwietnia planujący przyjazd do Rzymu rodacy nie mogą liczyć. Ze względu na niewielkie rozmiary tego miejsca, ogromne zainteresowanie mediów, udział hierarchów i dyplomatów, msza będzie zamknięta. Na grób Jana Pawła II trzeba się będzie wybrać później albo nazajutrz.


Lawina cudów

Pierwszego lipca 2004 roku Jan Paweł II przyjął na audiencji szesnastoletniego Rafała z Lubaczowa koło Przemyśla. Chłopiec miał raka węzłów chłonnych. Kilka miesięcy po audiencji wyzdrowiał. Tuż po pogrzebie Ojca Świętego historię Rafała opowiedział Polskiej Agencji Prasowej Piotr Piwowarczyk, prezes fundacji „Mam marzenie”, która spełnia marzenia ciężko chorych dzieci. To właśnie jego Rafał poprosił o załatwienie prywatnej audiencji u Jana Pawła II.
„Wydawało się to prawie niemożliwe i to także wtedy, kiedy Rafał z rodzicami i rodzeństwem przyjechał już do Rzymu - mówił Piwowarczyk. - Mimo wcześniejszych obietnic, że audiencja dojdzie do skutku, nagle okazało się, że chłopiec nie ma żadnych szans na spotkanie z Ojcem Świętym. Nie pozwolono mu nawet na to, by dał Papieżowi list, napisany przez chore na raka dzieci z Krakowa. Kiedy zawiedziony i załamany pakował swoje rzeczy i jechał z rodziną na lotnisko, zadzwoniłem do arcybiskupa Dziwisza i poprosiłem go o pomoc; opowiedziałem mu też historię Rafała. Sekretarz Papieża powiedział, żeby chłopiec z rodziną przyjechał do Watykanu. Prywatna audiencja pierwszego lipca zeszłego roku trwała kilka minut, a Rafał nigdy nie zdradził, o czym rozmawiał z Papieżem”. Szef fundacji nie podaje personaliów chłopca, mówi jednak, że choroba cofnęła się, a Rafał uważa, że zawdzięcza to Papieżowi.


Czternastego września 2003 Jan Paweł II odprawił w Bratysławie mszę kończącą jego trzydniowy pobyt na Słowacji. Jedną z kilkunastu osób, która przyjęła komunię z jego rąk, była dwunastoletnia dziewczynka. Jej ojciec, Tibor Uljacki, powiedział Katolickiej Agencji Informacyjnej, że w poprzednim roku podczas audiencji u Papieża w Rzymie prosił go o modlitwę w intencji chorej na białaczkę córki. Po pewnym czasie dziecko wyzdrowiało. „Teraz Papież osobiście chciał ją poznać - wyznał młody mężczyzna. - Kiedy podzieliłem się tą radosną wiadomością z arcybiskupem Henrykiem Nowackim, nuncjuszem apostolskim na Słowacji, powiedział mi, że z całym przekonaniem możemy mówić o prawdziwym cudzie uzdrowienia”.


W czerwcu 2002 roku pewien włoski chłopiec uczestniczył z rodzicami w prywatnej mszy odprawianej przez Papieża w jego kaplicy. Miał niesprawny układ odpornościowy, wcześniej leczono go w szpitalu na zapalenie nerek, jelit i oskrzeli. Jak relacjonuje tygodnik „OZON”, po mszy świętej Jan Paweł II krótko rozmawiał z chłopcem i pogładził go po policzku. Dziecko poczuło ciepło. Później okazało się, że chłopiec całkowicie wyzdrowiał. Ojcze Święty, dziękuję Ci, że otrzymałem sposobność poznania świętego - napisał, dziękując za uzdrowienie. Chłopiec dodał, że sam codziennie odmawia różaniec o zdrowie dla Jana Pawła II. Ten zaś odpisał: Podziękujmy Panu, Pan jest dobry!


Szesnastoletnia Kanadyjka Angela Baronni spotkała się z Janem Pawłem II podczas Światowego Dnia Młodzieży w Toronto w 2002 roku. Angela była chora na raka szpiku kostnego. Papież modlił się nad nią, położył ręce na jej głowie i zrobił znak krzyża.
Wkrótce Angela zaczęła zdrowieć. Wstała z wózka, a jej lekarz stwierdził, że jest całkowicie wyleczona. W chwili śmierci Papieża studiowała na uniwersytecie w Toronto. Audycję o Angeli telewizja kanadyjska nadała niedługo po odejściu Jana Pawła II. W czasie programu dziewczyna pokazała zdjęcia z Ojcem Świętym, opowiedziała o zdarzeniu, jej lekarz zaś oświadczył, że stało się coś, czego nie umie wytłumaczyć.
„Czy możesz nam powiedzieć, co takiego wtedy powiedział ci Ojciec Święty?” - zapytał prezenter. „Tak - odpowiedziała - to nie jest już żadna tajemnica. Powiedział mi kilka słów: że Pan Jezus bardzo mnie kocha i chce, żebym była zdrowa. Ja mu uwierzyłam i wiem, że to on uprosił mi łaskę zdrowia u Pana Jezusa, i dlatego on zawsze zostanie tu, w sercu”.


John Paul Lieo w chwili śmierci Jana Pawła II miał sześć lat. Zbieżność imion Papieża z Polski i małego Kanadyjczyka chińskiego pochodzenia nie jest przypadkowa. Rodzice Johna Paula mieszkają w Vancouver (zachodnia Kanada) i są katolikami. Przez wiele lat nie mogli mieć dziecka. Pani Lieo trzykrotnie poroniła. Wybrali się na pielgrzymkę do Rzymu. Podczas audiencji znaleźli się blisko Papieża. „Słyszałam, jak ludzie mówią mu o swoich problemach, a on z uśmiechem (tego uśmiechu nigdy nie zapomnę), każdemu coś odpowiadał i błogosławił - wspominała pani Lieo w telewizji kanadyjskiej. - Ja też po angielsku w kilku słowach powiedziałam o swoim problemie. Wtedy Papież odpowiedział mi, że będę mieć syna i zrobił znak krzyża nad moją głową. Kiedy jechaliśmy do Rzymu, nie wiedziałam, że znów jestem w ciąży. Tym razem ku naszej radości wszystko było w porządku i urodziłam syna, któremu daliśmy imiona Papieża”.


W 1999 roku Jan Paweł II po raz siódmy pielgrzymował po Polsce. W niedzielę 13 czerwca przewodniczył liturgii słowa przed katedrą Świętych Michała Archanioła i Floriana Męczennika na warszawskiej Pradze. „Ojca Świętego witało wówczas dwoje dzieci - mówił ksiądz Henryk Zieliński, wówczas szef lokalnej edycji tygodnika „Niedziela”. - Jednym z nich był pięcioletni Piotruś. Dwa lata wcześniej chłopiec ciężko zachorował. Lekarze stwierdzili złośliwego guza mózgu. Przypadek uznano za beznadziejny. Wówczas matka i babcia postanowiły napisać list do Papieża z prośbą, aby modlił się w intencji uzdrowienia chłopca. Po jakimś czasie z Watykanu przyszedł list z informacją, że Ojciec Święty modli się za Piotra. Wkrótce potem chłopczyk poczuł się lepiej, a badania tomograficzne wykazały, że guz zniknął”.


Dwudziestodziewięcioletni dziś Australijczyk Emil Barbar urodził się z paraliżem mózgowym - relacjonuje tygodnik „OZON”. Lekarze zapowiedzieli rodzicom, że do końca życia będzie jeździł na wózku inwalidzkim. Gdy dziecko podrosło, okazało się, że nie artykułuje wyrazów, a jego mowa przypomina bełkot. W 1980 roku jego matka, Rosemary, zabrała go do Rzymu. W Poniedziałek Wielkanocny znaleźli się w grupie niepełnosprawnych na placu Świętego Piotra. Widząc Jana Pawła II, Emil zaczął krzyczeć: „Papieżu, podejdź tutaj, podejdź tutaj!”. Papież przygarnął go za głowę i pocałował. Matka rozpłakała się. „Czemu płaczesz?” - zapytał Ojciec Święty. „Mój syn nie może chodzić” - odpowiedziała. „Zabierz go do Lourdes. Zobaczysz, będzie chodził!” - poradził Jan Paweł II i podał jej krzyżyk oraz różaniec. Pojechali do francuskiego sanktuarium. Matka zanurzyła chłopca w źródle, które po jednym z objawień Maryi wytrysnęło w Grocie Masabielskiej. „Mamo, nie płacz, Matka Boża powiedziała mi, że będę chodził” - oświadczył Emil. Wrócili do Australii. Emil nadal uczęszczał do przedszkola dla niepełnosprawnych. Po sześciu tygodniach wstał z wózka. Wyzdrowiał. Ćwierć wieku po tamtym wydarzeniu Emil jest absolwentem studiów prawniczych i chce zostać adwokatem.


Osobisty sekretarz Jana Pawła II, arcybiskup Stanisław Dziwisz, powiedział polskiemu dziennikarzowi Krzysztofowi Tadejowi, że kiedyś do Watykanu przyszedł tele-gram od rodziców ciężko chorego chłopca z Wielkiej Brytanii. Jak informuje publikacja „Santo subito”, Papież modlił się za chłopczyka w swojej kaplicy. Chłopiec wyzdrowiał dokładnie o godzinie, w której Jan Paweł II modlił się za niego.
W tym samym numerze „Santo subito” przytoczono historię Mariusza Drapikowskiego, znanego bursztynnika z Gdańska. W 2002 roku u Drapikowskiego rozpoznano pierwsze symptomy stwardnienia rozsianego. W następnym roku stracił władzę w nogach, potem w rękach, zaczął tracić wzrok. Pod koniec 2003 roku pojechał do Rzymu na audiencję u Jana Pawła II. Obecny przy rozmowie ówczesny przeor Jasnej Góry powiedział, że chciałby, aby artysta wykonał suknię z bursztynu dla jasnogórskiego obrazu Matki Bożej. Po powrocie Drapikowskiego do Polski choroba się cofnęła. 26 sierpnia 2005 roku arcybiskup Stanisław Dziwisz poświęcił sukienkę na Jasnej Górze. Drapikowski złożył wówczas świadectwo: „Gdy - dzięki paulinom z Jasnej Góry - w grudniu 2003 roku dostąpiłem zaszczytu osobistej audiencji u Ojca Świętego Jana Pawła II i gdy położył dłoń na mojej głowie, błogosławiąc mi, poczułem, że napełniają mnie nowe, nieznane mi siły. Kolejne miesiące przyniosły poprawę stanu zdrowia. Wierzę, Jasnogórska Pani, że za pośrednictwem Ojca Świętego przywróciłaś wzrok moim oczom i władzę moim nogom”.


Po śmierci Jana Pawła II włoska prasa przypomniała historię opowiedzianą trzy lata wcześniej przez arcybiskupa Stanisława Dziwisza dziennikarzom Andrei Torniellemu („Il Giornale”) i Marco Tossatiemu („La Stampa”). Wydarzenie miało miejsce w 1998 roku. Pewien znajomy sekretarza Ojca Świętego zwrócił się do niego w imieniu swojego przyjaciela. Był to chory na raka mózgu bardzo zamożny Amerykanin, który miał trzy pragnienia: zobaczyć Papieża, pojechać do Jerozolimy i wrócić do USA, by tam umrzeć. Człowiek ten był na papieskiej mszy w Castel Gandolfo i przyjął komunię z rąk Jana Pawła II. Arcybiskup Dziwisz dowiedział się później, że nie był on chrześcijaninem, lecz żydem. Zwrócił uwagę swojemu znajomemu, że osoba spoza Kościoła nie może przyjmować komunii. Kilka tygodni później znajomy sekretarza Ojca Świętego zadzwonił do niego informując, że guz mózgu jego przyjaciela zniknął.


Arturo Mari w książce „Do zobaczenia w raju” wspomina o siostrze swojej żony, która zachorowała na raka. Według lekarzy miała przed sobą najwyżej miesiąc życia. Żona Mariego poleciała do niej do Ekwadoru. Wcześniej poprosiła męża o jakiś przedmiot należący do Papieża. Otrzymała różaniec i chusteczkę. Mari polecił jej położyć chusteczkę na chorym miejscu i odmawiać różaniec. Choroba cofnęła się.


Kardynał Francesco Marchisano, archiprezbiter bazyliki Świętego Piotra wyznał, że niegdyś stracił głos, by potem odzyskać go - jak twierdził - za sprawą Papieża. Kardynał odprawiał drugą z dziewięciu mszy (tzw. novendiali), tradycyjnie sprawowanych po pochówku papieży. „Pięć lat temu miałem operację tętnicy szyjnej - mówił Marchisano podczas homilii 9 kwietnia 2005 roku w bazylice Świętego Piotra. - Po przebudzeniu się z narkozy stwierdziłem, że nie mogę wydobyć z siebie głosu. To był błąd lekarzy. Kilka dni później Papież zaprosił mnie na obiad. Słuchał z wielką uwagą, a ja z trudem usiłowałem coś powiedzieć. Na koniec wstał. Zbliżył się do mnie, dotknął miejsca, w którym byłem operowany, i powiedział: «Nie martw się, szybko wyzdrowiejesz, Pan pomoże ci, abyś na nowo mógł mówić». Byłem bardzo wzruszony, mocno go objąłem, tak jak obejmuje się ojca. Z kolei on wzruszył się i powiedział: «Dziękuję»”. Po tym spotkaniu kardynał poddał się terapii i odzyskał głos. Zapytany, czy to był cud, odpowiedział: „Możliwe. Święci mają moc”.


Marek Skwarnicki, poeta, pisarz i przyjaciel Jana Pawła II, wspomina, że w listopadzie 1987 roku w Rzymie ciężko zachorował na serce. Wiem od uczestników kolacji z Papieżem w dniu mojej diagnostycznej koronarografii w rzymskim Ospedale Aurelia - pisze Skwarnicki w książce „Pozdrawiam i błogosławię” - że kiedy Ojca Świętego zawiadomiono o moim prawie krytycznym stanie, wstał i poszedł do kaplicy pomodlić się. Poniekąd temu przypisuję, że się uratowałem. Dwadzieścia cztery godziny później w Klinice Jana Pawła II w Krakowie założono mu bajpasy i kryzys został zażegnany. Po piętnastu latach u pisarza wykryto raka jelita grubego. Operowano go. Dzisiaj myślę, że znów uratowały mi życie modlitwy Jana Pawła II - pisze Skwarnicki. - Lekarze byli i nadal są zdumieni brakiem przerzutów, ponieważ choroba była zaawansowana.


W 1979 roku podczas wizyty Ojca Świętego w Irlandii Bernhard i Mary Mulliganowie podali mu swoją córeczkę. Była chora na nerki, a lekarze twierdzili, że umrze w ciągu kilku miesięcy. Rodzice ustawili się w tłumie i widząc przechodzącego Papieża, pokazali mu dziewczynkę. On ją pogładził. Córka Mulliganów w krótkim czasie wyzdrowiała.

W wywiadzie dla włoskiej telewizji Canale 5 sekretarz Ojca Świętego arcybiskup Stanisław Dziwisz oświadczył, że nie prowadził zapisków na temat tego typu wydarzeń. „Mogę tylko powiedzieć, że Ojciec Święty nie chciał o tym słyszeć, mówił, że «cuda czyni Bóg, nie ja. Ja modlę się, to tajemnice, nie wracajmy już do tego tematu»”.